środa, 19 września 2012

bulionetki

cóż. muszę się do tego przyznać. uzależnienie od kostek rosołowych było u mnie tak głębokie że rozstanie przeżyłam bardzo ciężko. wyrzuciłam je ze swojego życia razem ze wszystkim co w składzie ma glutaminian sodu. przez miesiąc wszystko co jadłam smakowało jak nic. dopiero po miesiącu moje kubki smakowe odzwyczaiły się od wzmacniaczy smaku i zaczęły wyczuwać taką różnorodność smaków że aż do dziś trudno mi uwierzyć ile traciłam sypiąc do jedzenia całe to świństwo. tu wielki ukłon w stronę grześka łapanowskiego który pewne rzeczy mi wytłumaczył. np to że marchewka w końcu będzie smakowała marchewką a nie chemią marchewkopodobną :)


ale wracając do kostek rosołowych. nie jem ich i już nigdy nie będę. ale czasami mi ich zwyczajnie brakuje. i nie chodzi o glutaminian sodu i jego wzmacniające doznania właściwości ale najzwyczajniej w świecie o czas i wygodę. bo jak człowiek wraca do domu po dniu orki na ugorze to o niczym innym nie marzy jak wrzucić kostkę do gotującej się wody pogotować jeszcze trochu dodać puszkę pomidorów zblendować i już pyszna pomidorowa wędruje na talerz. ale bez kostek to już nie takie proste. trzeba te marchewki obrać pietruszki też i jeszcze seler i w dodatku pójść na balkon po lubczyk..

stąd pomysł na domowe bulionetki. udany. 

więc tak - gotujemy duuuuuużo marchewki pietruszki pory selera kapusty a jak ktoś lubi to także opalnonej nad gazem cebuli z solą pieprzem zielem i listkiem laurowym. gotujemy długo. bardzo długo. na wolnym ogniu. nie przykrywamy garnka.


po około 3-4 godzinach wyjmujemy warzywa. kapustę i por wyrzucamy. resztę kroimy bardzo bardzo drobno. leniwi mogą użyć blendera ale potem jeśli będziemy chcieli z tej bulionetki zrobić rosołek wegetariański to będzie mętny. więc lepiej drobniutko pokroić. w tym czasie pozwalamy wywarowi wciąż się gotować. niech odparuje jak najwięcej. ale nie do końca - bo ten wywar jest mega esencjonalny i niezbędny do naszych bulionetek.
do tych pokrojonych warzyw dodajemy świeży lubczyk. drobno go kroimy. wszystko wrzucamy jeszcze na chwilę do bulionu który został w garnku i delikatnie obgotowujemy. studzimy.
jeśli przy okazji i przez przypadek macie trochę świeżych grzybów - posiekajcie je drobniutko i dodajcie do części niemal gotowej już bulionetki. będzie w tego fantastyczna kostka grzybowa. na samym końcu dodajemy do bulionetek soli. jeszcze więcej niż ta ilość którą na początku wrzuciliśmy do gara i dzięki której rosołek był pyszny. sól konserwuje więc sypiemy bez obaw. poza tym i tak nasza bulionetka jest koncentratem więc sól rozejdzie się kiedy ją wrzucimy do większej ilości wody.
można dawać nawet do 25g soli na 100g warzyw. ale ja dałam znacznie mniej. jak zwykle trochę "na oko"..
kiedy bulionetki są już gotowe - mamy dwa wyjścia - przełożyć je do małych słoiczków - wyparzonych naturalnie. zamknąć i pasteryzować.  albo włożyć do woreczków i zamrozić. jeśli ktoś jest pedantem może je włożyć do foremek na kostki lodu a kiedy zamarzną przełożyć do pudełka po lodach i trzymać w zamrażarce. niestety w mojej na takie estetyczne fanaberie nie ma miejsca - woreczki lepiej dopasowują się do niewielkiej przestrzeni która jeszcze tam została..
w ten oto sposób nie umrę z głodu podczas gotowania zupy po powrocie z pracy. a że sytuacje kryzysowe nie zdarzają się aż tak często - 8 marchewek, 5 pietruszek, jeden seler i dwa pory, i cała kapusta, które "utopiłam" w bulionie starczą na kilka "zup ratunkowych".